Zmiany, zmiany...



No i kiedy przyszedł ten październik? Sama nie wiem... Zaczął się, ale jakoś tak nagle, zupełnie niespodziewanie. Ostatnie miesiące, mam wrażenie jakby ktoś wziął ogromną gumkę do gumowania i wymazał mi z życiorysu. Zresztą nie tylko te ostatnie. Cały dobiegający już powoli końca rok pochłonęła mi jakaś czarna dziura i tylko czasami wypluje jakiś skrawek, jakiś przebłysk, wspomnienie… Acha, no tak! To się działo w tym roku? A może w poprzednim…?

Czas się dla mnie zatrzymał… już chyba ze trzy lata temu. Ale Ten rok przerażająco szybko przelatuje mi przez palce, jak nieuchwytny wiatr. Jak woda w rzece, która płynie, płynie do przodu i nie ma najmniejszego zamiaru się zatrzymać, albo choć spojrzeć za siebie.


Ostatnio tyle się u mnie działo, że właściwie nie miałam czasu na to, żeby swobodnie, tak po prostu usiąść i coś napisać. Chociaż bardzo chciałam, starannie układałam sobie w głowie każdą myśl, którą chciałam się z Wami podzielić. Myślałam jak podzielić się z Wami każdą zmianą, która zaszła w moim życiu... Ale ostatecznie zniknęłam >znowu< na trochę z sieci, po to, by po raz kolejny wrócić i tłumaczyć się przed całym światem i samą sobą - gdzie byłam, co robiłam, wtedy kiedy mnie tu nie było. 

No więc ZMIANY...

Pamiętacie mój łzawy post o tym jakie to mieszkanie pod jednym dachem z teściami jest trudne, złe i smutne? Jeżeli nie, TUTAJ możecie sobie go przypomnieć. Jednak przechodząc do rzeczy. 

Proszę państwa, stał się cud!

Po długich narzekaniach, nocach przepełnionych gorzkim żalem - 'za jakie wyrządzone zło mnie to spotkało', nareszcie udało nam się "usamodzielnić". Jeśli można to tak nazwać. Zmieniliśmy miejsce zamieszkania, miasto, a nawet kraj... Zatrzasnęliśmy kilka furtek. I choć jest to rozwiązanie z ograniczoną datą ważności, to w końcu możemy odetchnąć powietrzem przesyconym SWOBODĄ! Bo właśnie tego najbardziej nam brakowało. Nie mamy obok siebie rodziców, którym mimo dorosłego wieku musieliśmy się na każdym kroku podporządkowywać, a rzeczy nareszcie możemy poukładać według własnego upodobania, a nie tak jak od czterdziestu lat ma to ułożone Tata...

Ale jak to w życiu bywa. Zniknęły jedne problemy, a w ich miejscu szybko pojawiły się nowe. Problemy zwyczajnych ludzi. Normalnych ojców i matek, starających się jak najlepiej potrafią o dom i rodzinę. Problemy, na które chyba byliśmy gotowi, ale mimo wszystko z każdym dniem zaskakują nas bardziej i bardziej i ...jeszcze bardziej zniechęcają do tego upragnionego "życia na własną rękę". 

Ale zresztą - nie ma o czym mówić. Przenież nie można do końca życia grzać sobie cieplutkiego miejsca pod skrzydłami rodziców... Trzeba stawić czoła - Życiu. 

Zatem, moi drodzy... od dzisiaj Mama w Bratysławie nadaje z KRAKOWA!

Skąd aż tak niespodziewana zmiana? 
Jak to zwykle w życiu bywa - praca. I pogoń za lepszym, większym pieniądzem. Bratysławę pokochałam. I tęsknię za nią każdego dnia, od kiedy tu przyjechałam. Porównuję Kraków do Bratysławy w każdym miejscu w Krakowie, w którym się znajdę. I tęsknię... Ale niestety ten kraj nie dał nam szansy żeby się usamodzielnić i utrzymać własną rodzinę bez pomocy rodziców... Aż śmieszne, że właśnie Polska daje nam teraz taką szansę, kraj z którego wszyscy uciekają, ale to prawda, tak jest... 


Długo zastanawiałam się co zrobić z nazwą bloga. Nawet gdzieś tam założyłam sobie wersję roboczą nowego, z zupełnie inną nazwą, ale ostatecznie zdecydowałam, że BRATYSŁAWA gdzieś tam musi zostać, bo...
a) w końcu jesteśmy cały czas związani z tym miastem; tata Poli stamtąd pochodzi,
b) na pewno wciąż często będziemy tam bywać - już teraz planujemy pierwszy wyjazd pod koniec miesiąca,
c) pokochałam to miasto i jak już napisałam - tęsknię i będę tęsknić,
d) coś mi mówi, że jeszcze tam wrócimy, jeśli nie w najbliższych latach, to kiedyś na pewno... i
e) wciąż mam Wam o niej wiele do opowiedzenia ❤ 


Trzymajcie się ciepło i wierzcie w cuda! Bo one naprawdę się zdarzają... 
Wasza Mama z Bratysławy

Komentarze