Jesień Matki Polki





Kiedyś uwielbiałam jesień. Najbardziej zimę, ale melancholijną, brudną, mglistą jesień oblepioną mokrymi liśćmi tez przeżywałam z niezrozumiałą przyjemnością. Uwielbiałam popołudniowe spacery z przyjaciółką. Popołudnia, które bardzo szybko zamieniały się w wieczory. A z każdym dniem te wieczory nadchodziły wcześniej i wcześniej... Romantyczne zakochane spacery z tym Jedynym wśród kolorowych liści, z niedbałą starannością porozrzucanych po parkowej alejce. A gdy zrobiło się chłodno, gorąca czekolada w ustronnej kawiarence… Samotne wieczory też nie były najgorsze. Gorąca herbata, najlepiej taka z cytyną i miodem. Do tego ulubiona książka, czasami wymiennie lub jako dodatek ulubiona muzyka w tle… Cieplutki kocyk i ulubione pachnące świeczki w każdym możliwym miejscu, dla podtrzymania przyjemnej ciepłej atmosfery, gdy za oknem coraz zimniej.

Takie jesienie pamiętam. Takie uwielbiałam. I takie są teraz jedynie miłym wspomnieniem i marzeniem, które jakoś podtrzymuje mnie przy życiu...

Teraz każdy dzień jest jak walka o przetrwanie. A cały okres jesienno-zimowy to wojna. Co dzień rano w duchu błagalne prośby "byle tylko nie padało", bo ileż można w domu siedzieć! Zwariować można. Oczywiście, "my się żadnej pogody nie boimy"... Zabawa w deszczu może być taka "fajna" i taka "odpornościowa". Ale kto potem siedzi w domu z trzydziestodziewięciostopniową gorączką i gilami po pas...?
Można wyjść do sklepu, do kawiarni, do znajomych... o ile są, o ile wciąż się z Tobą zadają. Bo większość przecież bezdzietna. Nie rozumieją co oznacza "walka o przetrwanie". Ale każde wyjście to kolejna bitwa. Ubieranie. Przebieranie. Potem trzeba dostać się do miejsca docelowego. By w końcu na miejscu, kolejny raz powtórzyć sobie - już NIGDY WIĘCEJ nigdzie z nim/nią nie idę.

Drzemka, jeśli jest, jest super. Można odetchnąć, podpierając się miotłą, lub skulić się przy zlewie i wymoczyć trochę, zmęczone dłonie. Gorzej jeśli drzemka przyjdzie później niż byśmy tego oczekiwali... o piątej popołudniu? Wieczór masz z głowy. A co tak zawalczyć o wolny wieczór i nie pozwolić zasnąć o tej piątej? ...wtedy otwierają się bramy piekieł, a Ty masz ochotę wyjść i już nie wracać.

I tak codziennie.
Za oknem deszcz, jest sennie. Nie pomaga nawet dziesiąta kawa. A ono niewzruszone, wymaga więcej i więcej i jeszcze więcej uwagi. Skacze Ci po głowie, a ty masz ochotę wyskoczyć przez okno.

Byle wytrwać do wieczora. Byle jakoś to przeżyć...


Ok, żarty na bok! To oczywiście spojrzenie na macierzyństwo trochę z przymrużeniem oka...
Ale jednak, gdy każdy dzień wygląda tak samo, przestaje być wesoło, a Ty wpadasz w jakąś paranoję, denerwuje Cię zupełnie wszystko i widzisz to, mniej więcej tak...
Dziecko marudne. Matka dostaje do głowy, wydziera się jeszcze bardziej, a ojciec woli siedzieć dłużej w pracy niż wracać do tego wariatkowa...


Chyba czas pomyśleć o jakimś poważniejszym zajęciu. Zabawa w kurę domową totalnie mi nie leży, a nawet zaczyna mnie przytłaczać. Chociaż przyznam się, że zawsze marzyłam o domu, w którym to mąż pracuje, a kobieta zajmuje się dzieckiem i domem... No nie wiem gdzie wtedy schował się mój zdrowy rozum 😨

Dobranoc, jutro czeka mnie kolejny ciężki dzień...


Komentarze