piątek, 11 sierpnia 2017

Chłopiec to, czy dziewczynka...?



Po dzisiejszym, naprawdę intensywnym wypadzie na pobliski plac zabaw, który Pola obskoczyła cały, dookoła, chyba ze sto razy (tak, każdą huśtawkę, zjeżdżalnię, drabinkę... tak w kółko. Dwie godziny.), a ja za nią, (aż dziw bierze, że jeszcze nie mam tej wymarzonej figury supermodelki!)... Kolejny już raz zaczęłam się zastanawiać jak to w końcu jest z tymi ubrankami dla dzieci. Czy faktycznie pewne kolory przypisane są wyłącznie chłopcom, a inne dziewczynkom...? No bo, niby żyjemy w świecie, w którym młode kobiety noszą szerokie męskie koszule czy bluzy, luźne spodnie zwane boyfriendy (których zadaniem jest wyglądać, jakbyśmy je właśnie wyjęły swojemu facetowi z szafy...). Chłopcy za to noszą rurki, różowe koszulki, a przed lustrem, starannie układając fryzurę, spędzają więcej czasu niż niejedna kobieta. A jednak... wciąż wielkie zamieszanie i zamęt w życie niektórych ludzi wprowadzają ubranka dla dzieci, które jednoznacznie nie określają płci dziecka.

Nie raz, zdarzało nam się, że ktoś pogratulował nam ślicznego SYNKA - bo akurat mieliśmy w wózku niebieski, albo szary kocyk. Albo usłyszeliśmy jaki to nasz SYNEK jest grzeczny, nie marudzi... - akurat kupiliśmy kurteczkę w ciemnym kolorze. Dzisiaj natomiast usłyszałam, że ciężko określić "CO TO JEST?", bo Poli uparła się na ulubioną żółtą koszulkę z papugami i szare spodenki w zielono-niebieskie i pomarańczowe palmy (właśnie nauczyła się mówić "PALMA" więc gacie są na topie, a że wybierał je Tata, są z działu chłopięcego). Chciałam odpowiedzieć, że "TO jest dziecko", ale ugryzłam się w język...

Mam wrażenie, że dla starszych ludzi, a nawet nie zupełnie starych, ale w wieku np. moich rodziców (pięćdziesiąt plus...) jeśli świat nie jest czarno-biały, mali chłopcy niebiescy albo zieloni, a dziewczynki różowe, wprowadza to w ich życie niemały popłoch. Nie tak dawno usłyszałam słowa ogromnego oburzenia z ust mojej mamy - jak mogłam ubrać swoje dziecko w czarną sukienkę. No tak, przecież jedyną słuszną jest różowa. Plus coś czerwonego, żeby odpędzić złe duchy i uroki rzucane przez sąsiadki... 🙈🙉🙊


Temat tak mnie zainteresował, że postanowiłam poszperać trochę w Wielkiej Księdze Mądrości zwanej - Google i dowiedzieć się więcej, skąd właściwie wziął się ten kolorowy STEREOTYP.

Według niektórych źródeł, kolor niebieski nie zawsze przypisywany był chłopcom, a różowy dziewczynkom. Miało być zupełnie odwrotnie. Zgodnie z tradycją chrześcijańską to chłopcy nosili róż, który na obrazach był kolorem małego Jezusa, błękity natomiast nosiły dziewczynki, na podobieństwo Matki Boskiej.

Z czasem jednak projektanci mody uznali, że romantyczna czerwień i jej odcień - róż są jakby stworzone dla uczuciowych kobiet. Potwierdziły to również badania, kto wie czy prawdziwe, że kobiety są bardziej wrażliwe na tę barwę, a małe dziewczynki najchętniej wybierają zabawki właśnie w tym kolorze. Podobno mamy to zakodowane w genach.
I tak już zostało... dziewczynki na różowo, więc chłopcy na niebiesko.


Faktycznie, może moja Pola, nie zawsze wygląda jak mała księżniczka, ale i mnie od tego daleko... mimo że uwielbiam sukienki i spódnice częściej, dla wygody, wybieram spodnie. Młodą na spacer czy na plac zabaw też ubieram w to, w czym wiem, że czuje się dobrze i wygodnie i co można bez smutku wyrzucić, jeśli się zniszczy. A na Poli - niszczy się często. Kolory wybieramy różne, nie kierujemy się modą, ani stereotypami. Mamy w szafie, tzn. Pola ma i różowe i niebieskie koszulki, kupujemy akurat takie, które wpadną nam w oko.


Wiem, że i fryzurę ma kiepską... Ta też często wprowadza ludzi w konsternację, ale co poradzę, że wszystkie próby upięcia tych delikatnych włosków chociaż w malutki ogonek... kończą się wyrwaniem z wielkim krzykiem, wszystkich ozdób, gumeczek razem z włosami. Więc się poddałam. Niech wygląda jak chłopiec. Na zdobienie, układanie włosków jeszcze przyjdzie czas... Na strojenie się będzie miała całe życie. A że dla niektórych jej wygląd jest mało dziewczęcy... Ich sprawa. Zawsze mogą zadać mi kolejny raz to samo pytanie "Przepraszam, to chłopczyk, czy dziewczynka...?"

Zresztą czy małemu dziecku nie jest wszystko jedno co ma akurat na sobie? No dobra, może niektórym, wyjątkowo charakternym "bestiom" nie jest wszystko jedno.... Ale najważniejsze jest chyba ciepło, uśmiech bliskiej osoby i poczucie bezpieczeństwa. Nie koronki i dopasowane ubranka na kilka wyjść, których i tak nie będzie pamiętać gdy dorośnie...




Czytaj dalej »

środa, 2 sierpnia 2017

Ogród Prezydencki w Bratysławie - Prezidentská záhrada

Witajcie kochani, 

dzisiaj moi drodzy, trochę Bratysławy. Zabieram Was do Ogrodu Prezydenckiego... 
Ogród został zaprojektowany w stylu francuskim i jak sama nazwa wskazuje jest częścią terenu Pałacu Prezydenckiego. Czy Wy też, tak jak ja kiedyś, myśleliście, że prezydent mieszka w pałacu prezydenckim? Niestety, jest to jedynie miejsce jego pracy ;) 


Ogród Prezydencki - Prezidentská záhrada znajduje się w sercu Bratysławy. Jest tu wiele trawiastej, przyjemnej dla oka, zielonej przestrzeni, gdzie możecie przyjść, tak po prostu położyć się i patrzeć w niebo, złapać oddech, odpocząć od zgiełku miasta...
Ogród jest zamykany na noc, dzięki czemu jest tam dość czysto, nie znajdziecie tu ani jednej połamanej ławki, czy pomazanej sprejem rzeźby. No właśnie, rzeźby... swoje miejsce znalazła tu Maria Teresa na koniu i pomnik Johanna Nepomuka Hummela (znanego kompozytora urodzonego w BA). Rosną tu także drzewa zasadzone przez różnych europejskich czy światowych polityków, którzy odwiedzili miasto... Dla przykładu, jedno z nich posadził Aleksander Kwaśniewski w 2002 r. 

Jest tu także piękna fontanna... My uwielbiamy fontanny. Pola wymyśliła sobie niedawno nową zabawę - wrzucanie kamyków do wody, znaczy się - fontanny. Więc obok żadnej nie możemy przejść obojętnie... Każdej musi się dostać kilka kamyczków :) Fontanna z parku pochodzi z 1978 r. i nosi interesującą nazwę "Radosť zo života" (Radość życia); przedstawia trzy kobiety bawiące się piłką. 

Dzieciaki spędzające czas na terenie ogrodu, również, bez problemu mogą pograć tu w piłkę. Miejsca jest tu wystarczająco dużo. Ponadto, jest tutaj mniejszy, drewniany plac zabaw. Odrobinę zaniedbany, ale wciąż zdatny do zabawy... 

Najpiękniej jest tu jednak wiosną, gdy wszystko dookoła rozkwita, a wiśnie różowieją... ❤



Zapraszam po kilka zdjęć z naszej dzisiejszej mini sesji... 



























Czytaj dalej »

wtorek, 1 sierpnia 2017

Ulubieńcy Lipca ☼




Witam Was kochani sierpniowo! 

Nie do wiary, że to już połowa wakacji.Połowa lata... Ale nie ma co się smucić, przed nami przecież jeszcze sierpień, a wrzesień, choć w połowie to wciąż lato, bywa zmienny. Mam jednak nadzieję, że w tym roku mile nas zaskoczy i dostaniemy piękne babie lato! Ale nie wybiegajmy aż tak w przyszłość. Wróćmy jeszcze na chwilkę do tego co było. Lipiec. W połowie spędziliśmy go w Polsce, na podróżach, wycieczkach, spotkaniach z rodziną... Lipiec przyniósł nam też wiele zmian, które zaowocują w kolejnych kilku miesiącach, ale o tym na razie nie chcę/nie mogę mówić. Dowiecie się niebawem :)

Dzisiaj chciałabym podzielić się z Wami kilkoma fajnymi rzeczami, które skradły moje serce w LIPCU. Zapraszam do lektury. 



1. Merci - Creme Fruit.
Na początek, coś na osłodę... Wiedzieliście, że dostępne jest zupełnie nowe, limitowane OWOCOWE Merci? W tradycyjnej wersji lubię jedynie kilka smaków, ale to nowe Merci mogłabym pochłonąć w całości. Sama. Truskawka, cytryna, brzoskwinia i wiśnia. Mniam! 

2. Zlatý Bažant Radler - levanduľa čierna ríbezľa 
Czyli nic innego jak piwo bezalkoholowe, bardzo znanej słowackiej marki o smaku lawendy i czarnej porzeczki. Nie jestem jakąś fanką piwa. Ani alkoholowego ani bez-. W ogóle, za alkoholem nie przepadam, ale ten smak, to piwo podbiło moje serce... A właściwie podniebienie. Uwielbiam ❥




3. Kolejny ulubieniec, tym razem książkowy. Jeśli nie znacie mamyginekolog i jej bloga, naprawdę musicie to zmienić ;) Oprócz typowo instamatkowych postów na insta, dostarcza swoim czytelniczkom naprawdę fachowych ginekologicznych porad! A #instaserial o miłości? Powstał najpierw jako luźna story na instagramie, by potem zostać przeniesionym na strony tej oto książki. Nie jest to może literatura najwyższych lotów, ale jako miły, luźny umilacz wakacyjnego czasu - jak znalazł. Naprawdę ciężko się oderwać! A podobno w przyszłym miesiącu zostanie wydana druga część...!

Jako ciekawostkę dodam jeszcze, że na stronie mamy ginekolog, na którą namiary podałam na początku, znajdziecie sklep z takimi właśnie torbami, jak ta na zdjęciu, czy fajnymi rzeczami dla kobiet w ciąży. Polecam!




4. Pierwszy mleczny szampon od Nivea.
Usłyszałam o nim przypadkiem, w reklamie na youtube, podczas przerwy między jedną piosenką o misiach a drugą... Podobno ma właściwości regenerujące i pielęgnacyjne. Więc postanowiłam go wypróbować! W końcu nawet już Kleopatra w dawnych czasach znała niezwykłe właściwości pielęgnacyjne mleka... I faktycznie, moje włosy są miękkie jak nigdy wcześniej po żadnym szamponie. Chyba tak szybko się nie rozstaniemy... 

5. Batiste - Suchy szampon.
Używam go już od dość dawna, ale dopiero niedawno przeczytałam "instrukcję obsługi" tego cuda. Och jakie było moje zdziwienie, gdy okazało się, że przez cały ten długi czas użytkowania ROBIŁAM TO ŹLE. Już nawet chciałam przestać tego używać, ale teraz, gdy już WIEM, moje życie nabrało nowych barw, a suchy szampon Batiste stał się jednym z moich ulubionych kosmetyków. (Chciałabym napisać, "moim najlepszym przyjacielem" - i to nie byłoby nadużycie) I najczęściej używanym... No bo, czasami brakuje mi czasu by umyć włosy. Czasami zapomnę... Kto pamięta o tak przyziemnych sprawach... A że moje włosy zdecydowanie bardziej lubią swoją przetłuszczoną wersję... 
Uwielbiam, uwielbiam, uwielbiam... ❥




6. Misie z Biotyną.
Kolejny specyfik do pielęgnacji włosów w moich "ulubieńcach" (no świat chyba się kończy, nigdy aż tak nie dbałam o włosy!). Tym razem jednak do pielęgnacji od wewnątrz... Zamiast łykać tabletki - zjedz żelka. Nie wiem czy to zdrowsza metoda, ale osobiście z łykaniem tabletek mam ogromny problem. Żelki są smaczne, wystarczy pamiętać o jednym rano i drugim wieczorem... A czy działają, to już inna sprawa. Póki co zauważyłam, że wypada mi mniej włosów, a paznokcie nie łamią się przy każdym mocniejszym uderzeniu - o cokolwiek. Ale nie byłabym zaskoczona gdyby był to jedynie taki efekt placebo ;)





7. Paletka od wibo do konturowania - 3 Steps To Perfect Face
No co to, to... Nawet nie wiedziałam, że mam tyle ulubionych kosmetyków. Tę paletkę wybierałam w biegu. Dziecko płakało. Ojciec tego małego potwora mnie poganiał... A ja potrzebowałam czegoś co poprawi mój makijaż właśnie w tej chwili. Miało być dobre i nie kosztować milionów monet. Dlatego wzięłam pierwszą z brzegu paletkę z bronzerem, rozświetlaczem i różem. Jak dla mnie może być ;) Przeszła już wiele, dlatego nie wygląda jak w dniu zakupu. Ale po to są kosmetyki, by ich używać, nie na nie patrzeć... 




8. Gąbka do makijażu 3D - hebe professional.
Kolejna rzecz bez której dzisiaj nie wyobrażam sobie życia. Kiedyś, będąc jeszcze w ciąży >chyba z nudów< namiętnie oglądałam wszystkie jutubowe makijażowe vlogerki. Wszystkie zachwalały tę gąbeczkę, a ja zachodziłam w głowę, po co wydawać na to kasę... Przecież można ten podkład rozetrzeć paluchami... 
Raz spróbowałam. I już nie oddam! 




9. Kredka do brwi - Catrice. 
Kredka do kolorowania brwi... Kupiona miliony lat świetlnych temu. Więc czemu wpisała się na listę moich ulubionych lipca 2017? Ano już tłumaczę... Znalazłam w kosmetyczce temperówkę i podarowałam tej kredce, zupełnie nowe życie. Teraz jesteśmy nierozłączne. 




10. Kij do selfie.
A to zdecydowanie mój nr 1 tego miesiąca! Jako wielki miłośnik biegania z aparatem albo telefonem - naprzemiennie... Robienia selfie sobie samej. Sobie z dzieckiem. Sobie z ojcem tego dziecka. Ze smokiem w Krk. Z babcią, sąsiadką, kasjerką w sklepie... Nie wyobrażam sobie lepszego gadżetu. Kiedyś kupiłam sobie podobny, w Kauflandzie za 10 zł, nie miał jednak magicznego guziczka i kabelka, dzięki któremu nie potrzebuję za każdym razem włączać samowyzwalacza. Ten kosztował 15, w budce pod Wawelem. Mam go zawsze ze sobą... 




11. Smok z Krakowa.
Podczas naszej lipcowej wyprawy do Krakowa, o której więcej przeczytacie TUTAJ, na każdym kroku towarzyszył nam smok. Nie, nie... na szczęście nie smog, ale smok. Wawelski. Tak jak wszystkie drogi prowadzą do Rzymu, tak w Krakowie, wszystkie nasze drogi prowadziły właśnie tam... pod Wawel, do ziejącego ogniem smoka. O tych budkach z pamiątkami, obwieszonymi kolorowymi pluszakami, w każdej wielkości, przypominającymi tego stwora nawet nie wspomnę... Pola cały czas pokazywała, że "tam, tam... mniam-mniam" żywo gestykulując (co w wolnym tłumaczeniu brzmiałoby "Tam był smok ziejący ogniem!"). Oczywiście nie wytrzymałam i kupiłam Młodej uroczego smoczka. O którym dzisiaj już prawie nie pamięta... 




12. Minionki opanowały McDonald's.
Oszaleliśmy na ich punkcie wszyscy! I biegamy do Maka po zestawy dla dzieci, a moją dietę znowu szlag trafił... Ale czego nie zrobi rodzic, żeby sprawić radość swej latorośli. Do kolekcji brakuje nam jeszcze tylko dwóch (tutaj na zdjęciu nie widzicie wszystkich).




13. Jeansowa kamizelka.
Mój ulubiony ciuch nie tylko lipca, ale stulecia! Zawsze marzyłam, żeby mieć taką... Ostatnio wpadła w moje ręce i... noszę ją prawie do wszystkiego! Dodaje moim stylizacjom (ha-ha, mocne słowa, najczęściej ubieram na siebie to, co akurat wpadnie mi w ręce i takie żeby nie trzeba było prasować) łobuzerskiego, rockowego pazura... Dobrze, że mojemu dziecku jest jeszcze wszystko jedno, w czym wychodzę na miasto, w innym wypadku powiedziałaby mi: "Przebierz się, bo narobisz mi obciachu..." "Jesteś za stara."




14. Lody u Albańca.
W którymś z poprzednich postów, napisałam Wam, że kiedyś opowiem o owym "Albańcu". I chyba właśnie nadarzyła się okazja by to zrobić! 
"Albaniec" to tylko taka nazwa robocza wymyślona przez M... Gościu sprzedający najlepsze lody na dzielni, a może i w całej Blavie. Może i ma o wiele ciemniejszą karnację, niż typowy mieszkaniec Europy Środkowej, ale  jak dla mnie to z Albanii na pewno nie przyjechał. Skąd to wiem? Ano nie wiem, ale... zdradza go jego południowosłowiański akcent i sposób w jakim wymawia niektóre słowa. No i to, że ze wszystkimi jest na TY, jak to na Bałkanach bywa. Wydaje mi się, że przyjechał tutaj z Serbii, może Macedonii? A ja z moim zamiłowaniem do tamtych stron Europy uwielbiałabym go, nawet jeśli sprzedawałby pokolorowane błoto zamiast lodów. Ale zupełnie przypadkiem lody ma świetne. Nie umywają się do nich nawet te z najlepszej bratysławskiej lodziarni - Luculus. Więc kiedyś, jeśli przypadkiem będziecie w Petržalce (to ta dzielnica Bratysławy, w której mieszkamy), skoczcie na Furdekową, na najlepsze adriatyckie lody 🍦



15. Najlepsza aplikacja.
A na koniec zostawiłam sobie swoje największe odkrycie minionego miesiąca! Program do obróbki zdjęć na telefonie - Snapseed. Ma w sobie dokładnie TO WSZYSTKO (no, może prawie wszystko) czego dotąd szukałam w innych aplikacjach tego typu. Dzięki niemu wyczarujecie prawdziwe cuda! Polecam! 


A jacy są Wasi ulubieńcy LIPCA?? 
Czytaj dalej »

poniedziałek, 31 lipca 2017

Niezwykłe lekcje rytmiki: Jestem Polakiem

Witajcie kochani, 
dzisiaj, w ten upalny, lipcowy poniedziałek prezentuję Wam moją ulubioną serię #muzyczne poniedziałki, w której jak zawsze co dwa tygodnie >w poniedziałek< będę prezentować Wam NASZE ulubione piosenki! (Nasze czyli moje i Poli...)

Jest już dość późno, a więc aby nie przedłużać, zaczynajmy... 



Niezwykłe lekcje rytmiki oraz album, który Wam teraz przedstawię to nie są zwyczajne piosenki dla dzieci. To nie tylko miłe dla ucha melodie i urzekające, ale proste teksty piosenek, które łatwo przyswoi sobie Wasz maluch. To piosenki, które zabawią zarówno tych najmłodszych jak i starszych, a także pozwolą przyswoić dzieciakom wiedzę o naszej ojczyźnie i pokażą, że nasz kraj >mimo wszystko< ma wiele powodów do dumy! Najmłodsi słuchacze mają możliwość poznania najważniejszych polskich miast, sławnych ludzi, tradycji, tradycyjnych potraw czy podstaw historii...

Tracklista:

1. Jestem Polakiem
2. Opolskie nutki
3. Polskie pyszności (mniam,mniam)
4. Orzeł czy reszka
5. Warszawa stolica Polski
6. Skarby Polski
7. Wielcy Polacy
8. Wesoła Zielona Góra
9. Kraków stare miasto
10. Historia Polski




Osobiście uwielbiam tego typu piosenki, które bawią, a jednocześnie wiele nauczą... bo przecież piosenki dla dzieci nie muszą być tylko o misiach co jadą, jadą przez las i autkach co robią "brum brum". A piosenki, które pokazują jaki piękny jest nasz kraj i jaką niesamowitą mamy historię mają w moim sercu pewne szczególne miejsce... Nic dziwnego, że gdy pierwszy raz usłyszałam utwór promujący album "Jestem Polakiem" i zobaczyłam teledysk... prawie się popłakałam. Pomyślałam sobie, że to jest naprawdę fajne... >ja zresztą często wzruszam się i płaczę z tak banalnych powodów<

Piosenki te, mogą być naprawdę pomocne dla rodziców mieszkających ze swoimi dziećmi za granicą. Bo to właśnie na Was, kochani spada obowiązek przedstawienia dziecku dziejów naszego państwa :) 


Oprócz piosenek ze świetnymi edukacyjnymi tekstami o Polsce, na płycie znalazło się 10 podkładów karaoke, a także 10 lekcji rytmiki, prowadzonych przez autora pomysłu, które wspomagają u dzieci radzenie sobie z koordynacją ruchową. 

Niby album dla starszych dzieciaków - od 3/4 lat, ale my z Poliną słuchamy piosenek od najwcześniejszych miesięcy jej życia :D Ja znam je już wszystkie na pamięć - naprawdę bardzo szybko zapisują się w pamięci!! A Młoda jeszcze nie mówi, ale pewnie pierwsze co, gdy już zacznie, zaśpiewa mi "Jesteśmy Polką i Polaaakiem, dziewczynką fajną i chłopaaaakiem..." :D







Ciekawostki:

  • projekt Niezwykłe lekcje rytmiki został stworzony przez duet Mariusza Totoszkę oraz jego partnerkę Justynę Tomańską 
  • projekt dzięki swoim walorom edukacyjnym i artystycznym zyskał rekomendację Rzecznika Praw Dziecka Marka Michalaka
  • całkowity dochód ze sprzedaży Niezwykłych lekcji rytmiki przekazywany jest Fundacji DKMS, zajmującej się walką z białaczką - czyli kupując - POMAGAMY  ❤ 
Czytaj dalej »

sobota, 29 lipca 2017

Nasze polskie wakacje

Kochani, witajcie! 
Po długiej przerwie, wiem. 
Ale jeśli martwiliście się, czy przypadkiem nic mi się nie stało, to nie... Mogę Was zapewnić, że wszystko jest w jak najlepszym (jak na nasze standardy) porządku. Chociaż zastanawiam się i wyjść z podziwu nie mogę, jak to się dzieje, że ludzie tacy jak my (ja i tata M.), z dosłownie - śladowymi ilościami cierpliwości we krwi, jeszcze się nie pozabijaliśmy... no a Młoda nie biega z rozbitą głową (tfu, tfu... gdzie tu niemalowane drewno?), w końcu tyle razy w ciągu dnia upadnie, że już przestałam to liczyć.


Hm.. tak. Wybraliśmy się na krótkie "wakacje-niewakacje" do naszej ulubionej środkowoeuropejskiej destynacji. Niektórzy, wybierają Chorwację, inni Hiszpanię czy Włochy. Ci bardziej szastający złotymi monetami wybierają odleglejsze zakątki, jak ...ta część USA... (Mózg mi się kurczy...) Hawaje, tak. A my, wybraliśmy się do Katowic. W sumie, nie ma co narzekać. Ryneczek pięknie odnowiony. Rawa już nie odpycha swoim wątpliwym aromatem. Elegancko odnowiony plac i palmy, niczym na Gran Canaria! No nie zakochaj się w tym miejscu...





Nie przedłużając jednak, pokrótce opowiem Wam, jak spędziliśmy te urocze dwa tygodnie (dwa tygodnie...? serio?), albo chociaż ich część, bo tego jak siedzieliśmy w domu i leniuchowaliśmy za wszystkie czasy sobie odpuszczę. 

Kraków - miasto artystów

Wiadomo, chyba każdy z nas był tam przynajmniej kilka razy w życiu. Wycieczki ze szkoły, później ze znajomymi, bo to fajne miejsce, bo wypada je znać i od czasu do czasu się w nim pojawić. W ramach akcji "Tata Poli poznaje Polskę" tym razem i my wybraliśmy właśnie to miejsce. (M. jest Słowakiem, jeśli ktoś jeszcze nie wie, a ja starając się go trochę spolszczyć zabieram nas od czasu do czasu w jakieś fajne miejsca...) Do Krakowa wybraliśmy się... pociągiem 🚂. Miała być zabawa. Pola miała zobaczyć ciuchcię, taką prawdziwą, nie na obrazku... I dla uatrakcyjnienia całej zabawy, przejechać się nią. Nie szkodzi, że autem dotarlibyśmy do miejsca docelowego za trochę ponad godzinę, a liniami kolejowymi byliśmy tam za prawie trzy. A że z Dworca Głównego do hotelu (byliśmy tam trzy dni) Google Maps pokazuje 40 minut pieszo? Super, przejdziemy sobie przez Rynek, zobaczymy Kościół Mariacki i Sukiennice, potem pójdziemy zobaczyć smoka pod Wawelem, a potem tylko przez most i już jesteśmy na miejscu... Z małym rozbrykanym dzieckiem. Które nie usiedzi na jednym miejscu dwóch minut. A zamiast podziwiać uroki cudów miasta, wciskało się pod kopyta koniom ciągnącym dorożki... A te wszystkie atrakcje z torbami i torebkami i jeszcze innymi torebeczkami, które jakoś tak się namnożyły podczas pakowania. W końcu nigdy nie wiesz co Ci się przyda (nie, nie jestem mistrzem pakowania, a tą podróżą pociągiem mój M. chciał mnie nauczyć pakowania z głową. To ci się udało, stary. Zamiast sześciu par butów wzięłam tylko cztery, ale poza tym to Ty się nanosiłeś, więc spoko...😉)



Generalnie, miała to być nasza "podróż życia". Zaplanowana do ostatniej chwili. Nakupiłam przewodników, mapę nawet kupiłam... Zaplanowałam całe trzy dni, dokąd pójdziemy, gdzie i co zjemy, o której godzinie wrócimy do hotelu, a nawet kiedy pójdziemy spać... Ale z tego wszystkiego, jak zawsze u Mistrza Chaosu (to ja, kłaniam się) wyszło nic... Albo jeden wielki chaos, jak wolicie. Błąkaliśmy się po mieście, bez celu, przytłoczeni gwarem, milionem turystów (a myślałam, że Stare Miasto w Bratysławie jest przepełnione przyjezdnymi...), kręciliśmy się w kółko, między uliczkami, gubiąc drogę, a w końcu i cel... Od słowa do słowa, kolejna kłótnia i to dziecko, które nie przestawało wrzeszczeć ani na moment. W końcu zasnęło, a my bez słowa, obrażeni na siebie, wciąż błądząc, drogą chyba przez Wadowice, wróciliśmy do hotelu... Kiepsko to wyglądało, ale miło wspominamy ten #naszkraków





Widzicie tęczę? 🌈







O hotelu rozpisywać się Wam nie będę, bo za reklamę nikt mi tutaj nie zapłaci. Hotel jak to hotel w Krakowie, tani nie był, ale mieliśmy jakąś zniżkę skądś-tam. Więc z eurosami, przeliczonymi na złotówki - dało radę. Ale jeśli chodzi o miasto to poza, oczywiście klasyką (Stare Miasto, Wawel, Smok, Wisła, Kazimierz...) furorę zrobiła u nas... PAPUGARNIA! (W tym miejscu również, reklama nie została opłacona, ale naprawdę to miejsce jest tego warte!) Jeśli jeszcze tam nie byliście, naprawdę polecam. Można w cztery oczy zobaczyć się z papugami, małymi, wielkimi... pozwolić, żeby właziły nam na głowę, ramiona... Można zrobić sobie z nimi zdjęcie i nakarmić! Naprawdę super sprawa. Chociaż, jeżeli wybieracie się tam z dzieckiem, to zastanówcie się czy Wasz malec nie jest a) za młody na taką zabawę, b) zbyt bojaźliwy. Nasza Pola, mimo iż uwielbia wszystkie żyjące stwory, robactwa się nie boi, do kotów, psów, ptaków wszelkiego rodzaju podbiega, bez zastanowienia, to przy papugach wymiękła. Nie bardzo wiedziała jak się w ich towarzystwie zachować no i... bardzo szybko musieliśmy opuścić to miejsce. Za wstęp zapłaciliśmy 30 zł (za całą naszą trójkę, a właściwie dwójkę, bo maluchy wchodzą za darmo). 


A tu macie dokładny adres: Rynek Główny 23/3, 31-008 Kraków


 


Chorzów - Ogród Zoologiczny 

ZOO. ZOO jak ZOO. To chorzowskie prawie się nie zmienia. Z upływem lat, jak ludzie, zwierzęta umierają ustępując miejsca innym młodszym osobnikom... Park Śląski, znajdujący się w moim mieście. W moim ukochanym Chorzowie (tak, trzeba o tym mówić, bo sąsiednie miasta - Katowice, Siemianowice starają się przywłaszczyć sobie część terytorium tego ogromnego obszaru, rozpisując gdzie się da bzdury w stylu "Park Śląski znajduje się na terytorium trzech miast..." No, no pewnie #lokalnypatriotyzm) to miejsce niesamowite. Jeśli kiedyś będziecie w okolicy, musicie się tam wybrać. Poza wspaniałym, rozległym parkiem takim z całkowicie zalesionymi obszarami i z częścią gdzie są alejki dla spacerowiczów mamy tu Planetarium, i kolejkę linową "Elka", Stadion Śląski, który kiedyś na pewno skończy się odnawiać... i Rosarium, Wesołe Miasteczko, które zostało ostatnio całkowicie odnowione i przemianowane na park rozrywki LEGENDIA. No i oczywiście ZOO. Oczywiście atrakcji jest tam o wiele więcej, ale nie o tym miałam się rozpisywać... Więc do rzeczy. Pola uwielbia zwierzaki, więc postanowiliśmy zabrać ją do ogrodu zoologicznego. Poza tym, po wycieczce do bratysławskiego ogrodu ze zwierzakami, chciałam pokazać M. jak wygląda ZOO z prawdziwego zdarzenia (no dobra, może i to nasze śląskie pozostawia wiele do życzenia, ale musielibyście zobaczyć ten malutki ogródek w BA). Było fajnie, chociaż nie udało nam się zobaczyć wszystkich zwierzaków, a Pola w połowie wycieczki była tak marudna, że myślałam, że podrzucę ją małpom do klatki... 🙈🙉🙊

Dodam jeszcze tylko tyle, że tutaj furorę zrobił Pan Miś - Śmietnik i wielka plastikowa (a może jednak drewniana??) Krowa do dojenia w Mini-Zoo. Całkowicie natomiast ominęliśmy Jurapark. M. stwierdził, że nie ma co oglądać wielkich kamieni, które wyglądają jak coś co możliwe, że kiedyś żyło... Dobrze, że dziecko jeszcze nie rozumie. 

















Tarnowskie Góry - Aquapark 

Woda, zwierzęta, muzyka... Trzy największe miłości mojej córki. Myślę, że gdyby dać jej to wszystko i zostawić samą, nie tęskniłaby nawet za mamą. 
Zabawa była świetna, Młoda mogłaby tak się chlupać cały dzień... 





Tak tak, wiem nie były to żadne wakacje marzeń. Nie byliśmy w żadnym modnym, egzotycznym, super wakacyjnym miejscu, ale... Żadne z nas nie jest mistrzem planowania. Zwykle za planowanie czegokolwiek zabieramy się na ostatni moment... A wakacje last minute? Jakoś nie jestem przekonana... W każdym razie, szykują się u nas OGROMNE, OGROMNE ZMIANY. Więc na żadne porządne wakacje nie mamy ani czasu, ani głowy... A o czym mówię? Dowiecie się wkrótce... 

Tymczasem żegnam Was! Buziaczki i życzę dobrej nocy. A raczej tego co mi z niej zostało. Dobranoc moi kochani 💗

Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia